O dzieciach, rodzicach i zmianie, która zaczyna się od nas.
Jak każdy rodzic w tym momencie, znowu staje w progu nowego roku szkolnego.
Kończy się wakacyjna swoboda, wraca rytm szkoły, obowiązków, wcześniejszych poranków, planowania i całej tej codziennej organizacji, która przez najbliższe miesiące będzie wyznaczała rytm naszych dni.

Tylko że w tym roku wchodzę w ten wrzesień zupełnie inaczej.
Spokojniej.
Nie dlatego, że wszystko mam poukładane i znalazłam idealny sposób na edukację czy wychowanie dzieci.
Po prostu dużo lepiej wiem, na co mam zgodę, a na co jej nie mam. Coraz lepiej potrafię obserwować swoje dzieci, rozpoznawać ich potrzeby i dostosowywać pewne rzeczy do nich, zamiast za wszelką cenę próbować dopasować je do wytyczonych ram i szufladek.
I chyba dlatego ten wrzesień uruchomił we mnie tak dużo myśli.
Bo kiedy patrzę dzisiaj na mojego syna, przypominam sobie wrzesień sprzed kilku lat, kiedy szedł do pierwszej klasy.
On zaczynał wtedy swoją szkolną edukację.
A ja, zupełnie nieświadomie, zaczynałam jedną z najważniejszych lekcji własnego życia.
Nie miałam wtedy pojęcia, jak wiele nauczę się o sobie, jak wiele w sobie odkryję.
To był czas, w którym poczułam, że potrzebuję zmian.
Radykalnych zmian. Jedna zmiana, decyzja uruchamiała kolejną, a ja coraz częściej musiałam zadawać sobie pytania, przy których wcześniej właściwie się nie zatrzymywałam.
Czego naprawdę chcę?
Co mi służy, a co już dawno przestało?
Dlaczego wciąż pozostaję w miejscach i sytuacjach, w których nie czuję się dobrze?
I ile z tego, jak żyję, jest naprawdę moje, a ile robię dlatego, że „tak trzeba”, „tak musi być” albo po prostu „zawsze tak było”?
I nie mam tu na myśli buntu przeciwko wszystkiemu.
Potrzebowałam kilku lat, a sporą część tego czasu wypełniała samotność.
Dziesiątki wieczorów, podczas których nie zawsze było mi ze sobą łatwo, ale dzięki którym nauczyłam się nie zagłuszać wszystkiego od razu.
Zaczęłam obserwować i rozumieć.
Swoje reakcje. Emocje. Relacje.
To, jak czuję się przy konkretnych ludziach i w konkretnych miejscach. Co mnie zasila, a po czym wracam do domu przytłoczona. Obserwowałam swoje dzieci i ich funkcjonowanie.
Analizowałam wszystko, co budziło we mnie ciekawość.
I coraz wyraźniej widziałam, jak ogromne znaczenie ma to, czym właściwie otaczamy się każdego dnia.
Ludzie. Rozmowy. Miejsca. Praca. To, czego słuchamy, na co patrzymy, czym karmimy swoją głowę i w jakiej atmosferze przeżywamy zwykłą codzienność.
Nie zawsze możemy zmienić okoliczności od razu. Nie możemy też zmienić innych ludzi.
Ale możemy coraz świadomiej decydować, gdzie zostajemy, z czego wychodzimy, na co się zgadzamy i czym chcemy wypełniać własne życie.
I kiedy zaczęłam podążać za sobą, zaczęłam zupełnie inaczej patrzeć również na swoje dzieci.
Przez bardzo długi czas myślałam o relacji rodzic–dziecko głównie w jednym kierunku.
To dorosły ma nauczyć dziecko.
Pokazać mu świat. Wychować. Przygotować. Wytłumaczyć, jak funkcjonuje życie.
Dzisiaj widzę tę relację inaczej.
Myślę, że dzieci mają do nauczenia nas co najmniej tyle samo.
Tylko trzeba przestać na chwilę je poprawiać, korygować i dopasowywać do naszych wyobrażeń, aby naprawdę móc je zobaczyć.
Dziecko potrafi być niesamowitym lustrem.
Jego emocje, zachowania, opór i potrzeby bardzo często zmuszają nas do zadawania pytań.
Ważne, by zadawać sobie właściwe pytania.
Dlaczego jego zachowanie wywołuje we mnie aż tak silną reakcję?
Czy to rzeczywiście jest jego problem, czy może dotyka czegoś mojego?
Czy naprawdę słucham tego, czego ono potrzebuje?
Czy daję swojemu dziecku to, czego sama kiedyś potrzebowałam, czy nieświadomie odtwarzam dokładnie to, czego sama doświadczałam?
Im więcej zmieniałam w sobie, tym więcej zaczynało zmieniać się również w naszej codzienności.
Kiedy zaczęłam wychodzić z sytuacji, które mnie obciążały, stawiać granice i przestałam funkcjonować w czymś tylko dlatego, że „tak trzeba”, zaczęłam coraz mocniej rozumieć, że trudno oddzielić wychowanie dzieci od naszego własnego życia.
Trudno mówić dziecku o szacunku do siebie, jeśli sami każdego dnia przekraczamy własne granice.
Trudno uczyć je odwagi, jeśli sami wybieramy wyłącznie to, co bezpieczne i racjonalne, nawet jeśli nie jest zgodne z nami.
I trudno oczekiwać, że będzie potrafiło słuchać siebie, jeśli każdego dnia pokazujemy mu, że ważniejsze jest to, co „powinno się ”, „wypada”, „trzeba” albo „inni tak robią”.
Dzieci uczą się nie tylko wtedy, kiedy siedzą w szkolnej ławce.
Uczą się, patrząc na nas.
A my, jeśli tylko sobie na to pozwolimy, możemy uczyć się, patrząc na nie.
Dlatego dzisiaj, kilka lat później, wchodzę w kolejny rok szkolny zupełnie inaczej.
Z większą akceptacją.
Ze zgodą na obserwowanie.
Na doświadczanie.
Na zmianę zdania.
Na szukanie takich rozwiązań, które rzeczywiście służą moim dzieciom, nawet jeśli nie zawsze są rozwiązaniami najbardziej oczywistymi.
I z dużo większym spokojem wynikającym z tego, że wiem, na co mam zgodę, a na co jej nie mam.
Od dawna obserwuje również cykliczność natury: zmieniające się pory roku, fazy Księżyca, różne momenty astrologiczne i numerologię, które stanowią dla mnie prosty, nie wymuszony rytm.
Lato ma dla mnie w sobie dużo ruchu, ciekawości świata, wychodzenia na zewnątrz i doświadczania.

Jesień przynosi zupełnie inną jakość.
Dni się skracają.
Natura zwalnia.
Uwaga zaczyna wracać do środka.
Właśnie dlatego początek tego roku szkolnego wydaje mi się dobrym momentem, żeby nie pytać wyłącznie o to, czego przez najbliższe miesiące mają nauczyć się nasze dzieci.
Może warto zapytać również:
czego my możemy nauczyć się od nich?
Popatrzeć na nie nie tylko jak na istoty, które mamy przygotować do życia, ale jak na ludzi, którzy już teraz mogą nam bardzo dużo o życiu pokazać.
A później wrócić na chwilę do siebie.
Do dziecka, którym sami kiedyś byliśmy.
Przypomnieć sobie szkolny korytarz. Pierwszy wrześniowy poranek. Ławkę. Nauczyciela, którego się baliśmy. Albo takiego, którego pamiętamy do dzisiaj, bo naprawdę nas zobaczył.
Przypomnieć sobie, co nas ciekawiło, czego się baliśmy, kiedy czuliśmy się niezrozumiani i czego wtedy najbardziej potrzebowaliśmy od dorosłych.
I dopiero z tego miejsca popatrzeć na własne dzieci.
Czego właściwie dla nich chcemy?
Czy świat, który dzisiaj tworzymy jako dorośli, jest światem, w którym naprawdę chcemy, żeby żyły?
A jeśli nie, zapytaj siebie co możesz z tym zrobić.
Bo łatwo powiedzieć, że świat powinien wyglądać inaczej.
Że ludzie powinni się zmienić.
Że system powinien się zmienić.
Że szkoła powinna się zmienić.
Znacznie trudniej zapytać:
co mogę zmienić ja?
W swoim domu.
W sposobie, w jaki rozmawiam z dzieckiem.
W tym, jak traktuję siebie.
W swoich relacjach.
W granicach, które stawiam.
W rzeczach, na które się zgadzam i tych, na które zgadzać się już nie chcę.
Tak zmienia się świat.
Nie od wielkich deklaracji.
Tylko od ludzi, którzy zaczynają żyć trochę bardziej świadomie i przestają bezrefleksyjnie przekazywać dalej wszystko to, co sami kiedyś dostali.
Z takim życzeniem chciałabym wejść w ten nowy rok szkolny.
Nie tylko dla rodziców.
Dla nas wszystkich.
Żebyśmy tej jesieni pozwolili sobie trochę bardziej zwolnić i zajrzeć do środka.
A rodzicom życzę szczególnie, żeby od czasu do czasu przestali patrzeć na swoje dzieci wyłącznie jak na uczniów i obiekty do dopracowania.
I pozwolili sobie przez chwilę sami zostać ich uczniami, by obserwować, słuchać, czerpać inspirację.
Przypomnieć sobie dziecko, którym sami kiedyś byli.
I sprawdzić, czy przypadkiem nie zostało tam jeszcze kilka zaległych lekcji do odrobienia.
Może właśnie od nich warto zacząć ten rok szkolny.
Z miłością,
Ola